Tragiczny wypadek podczas wyprawy do Mongolii przerwał życie Artura Tabora - fotografa, filmowca, przyrodnika, wspaniałego człowieka... Serdeczne wyrazy współczucia dla Jego Rodziny.
Artur odszedł choc miał jeszcze do zrealizowania tyle planów. Odszedł i zabrał nam szansę na kolejne chwilę radości z ponownych spotkań, z oglądania Jego nowych zdjęc i nowych filmów. I wysłuchania kolejnych opowieści o jego pasji i fotograficznych przygodach...
Artur współpracował z naszą redakcją od początku. Wkrótce mieliśmy rozmawiac o Jego nowym albumie o polskich sowach...
O pasji i pracy Artura Tabora opowiadał jeden z odcinków "Dzikiej Polski" - "Niewidzialny z ostępów". Jest do zobaczenia tutaj: http://www.tvp.pl/wiedza/przyroda/dzika-polska/wideo/niewidzialny-z-ostepow/1769450.
Arturze - będzie nam wszystkim Ciebie brakowało. Teraz, gdy w swych ostępach stałeś się jeszcze bardziej niewidzialnym, to pewnie będziesz miał jeszcze więcej okazji do podpatrywania dzikiej przyrody. Opowiesz o tym, tak jak Ty to potrafisz, gdy przyjdzie pora...
Do zobaczenia [*] [*] [*]
(materiał z nru 2/2006 "Ptaków Polski")
Historia jednego ujęcia - Artur Tabor
Największy przeciwnik - Puchacz
Przez wiele lat marzyłem o zdjęciu puchacza wykonanym w ciągu dnia. Okazja nadarzyła się dopiero w 2002 roku.
Mój kolega, fotograf przyrody Rafał Siek, znalazł na Lubelszczyźnie gniazdo. Umówiliśmy się, że będę mógł zrobić ujęcia filmowe – zdjęć robić nie chciałem, byłyby takie same jak Rafała, zresztą to on niemało się natrudził, aby znaleźć puchacza i zbudować ukrycie. Pewnego dnia dostałem telefon, że wykluły się małe puchacze. Rafał spytał, czy chciałbym zrobić zdjęcia, bo on nagle musi wyjechać. Okazja była super! Był tylko jeden problem, Rafał mógł mnie doprowadzić na miejsce w poniedziałek, a wyciągnąć mnie stamtąd dopiero w czwartek. Taki był układ: cztery dni sam na sam z puchaczem.
Już pierwszej nocy rozpętała się burza i trochę się przeraziłem, że zaraz zmoknę, a przede mną parę dni siedzenia. Po chwili na dachu ukrycia zebrała się masa wody, pod jej ciężarem dach się niepokojąco obniżył. Kiedy dotknął mojej głowy, woda zaczęła ściekać mi za kołnierz. Za parę minut byłem cały mokry, siedziałem tyłkiem w wodzie – z poduszek na fotelu uciekło powietrze i zrobiła się z nich idealna niecka. O wylaniu wody nie było mowy. Tuż obok, równie zmoczona jak ja, siedziała samica puchacza, jeszcze by mnie usłyszała i uciekła. Bez niej pisklęta w taką pogodę mogłyby nie przeżyć. Włączyłem na moment kamerę na podczerwień i zobaczyłem samicę – osłaniała swoim ciałem pisklęta, woda spływała jej po dziobie i skrzydłach. Kiedy grzmiało i błyskało, zamykała oczy i kurczyła się ze strachu.
Rano puchacze były tak mokre i sponiewierane przez deszcz, że wyglądały jak siedem nieszczęść. Zdjęć nie mogłem robić, ponieważ obiektyw zaparował i musiałem czekać, aż będzie się nadawał do użytku. W tym czasie ptaki też doprowadzały się do porządku, czyszcząc upierzenie. Na toalecie i suszeniu sprzętu spędziliśmy z puchaczem cały dzień.
Kolejna noc była okrutnie zimna, był nawet mały przymrozek, poczułem go szczególnie dotkliwie w tylnej części ciała, bo cały czas siedziałem w mokrym fotelu. Rano nic już nie czułem. Samica o świcie poleciała na rekonesans, ja patrzyłem na pisklęta i czekałem.
W końcu po całej dobie miałem szansę wykonać pierwsze zdjęcie puchacza, i to w dzień – o tym przecież marzyłem ! Było bardzo zimno i czułem, że samica zaraz wróci, aby ogrzewać swoje pisklęta. Nie myliłem się. Po dwóch godzinach z letargu wyrwał mnie głos lądującego na gnieździe puchacza.
Powoli zerkam do aparatu i to, co widzę, jest nagrodą za wszystkie cierpienia. W całym kadrze mam stojącą samicę – patrzy w moją stronę, jest wspaniała. Ostrożnie ustawiam ostrość i robię pierwsze zdjęcie. Jest! Po paru ujęciach samica wchodzi do gniazda i zasiada na pisklętach. Jesteśmy sami – czasami obok przejdzie żuraw, który ma gdzieś tutaj gniazdo, a po południu blisko nas pojawia się łoś – ja chyba jestem w niebie!
Kiedy po paru dniach Rafał wrócił i wyciągnął mnie z ukrycia, na nowo uczyłem się chodzić. Tak długo siedziałem w jednej pozycji, z nogami unieruchomionymi w bagnie, że teraz odmówiły mi posłuszeństwa. O innej części ciała nie wspomnę – odmrożony tyłek był jak deska, przez miesiąc nie miałem w nim czucia. Ale sfotografowałem puchacza w dzień. Dla kogoś, kto nie zna tej historii, są to zwyczajne zdjęcia, a dla mnie – zdjęcia życia.